Wiersze

Lech Konopiński

 

STARE DZIEJE

 

Moją historią się nie przeraźcie:
Cóż mogłem przeżyć przez lat trzynaście,
gdy po beztroskich latach zabawy
wpadłem z Poznania na bruk Warszawy?!

 

Tu: głód codzienny, mądre komplety,
by z latorośli nie wyrósł kretyn;
do ?Batorego? tajny egzamin,
by głową walczyć z okupantami.

 

X     X     X     X     X

 

Za Wisłą dudnił tępy głos armat,
ale stolica wciąż była gwarna;
choć gdzieś się toczył wojenny taniec,
tu trwało wojenne oczekiwanie.

 

Huk strzałów ? lichy nadziei zwiastun ?
ciemiężonemu niósł wiarę miastu,
że z ziemi mokrej od krwi gorącej
niepodległości wstanie nam słońce.

 

Gdy długiej wojny zbliżał się finał,
apokalipsy czas się zaczynał;
żegnał nas lipiec, a barwny sierpień
zjawiał się z ciężkim bagażem cierpień.

 

Lud jednak wreszcie przestał się lękać;
z piersi płynęła wolna piosenka;
serce w plecaku przyniósł nam anioł
i naród ruszył przeciwko draniom.

 

W czarnej godzinie czas walki przyszedł
gdy głos syreni rozdzierał ciszę;
roje kul rwały milczenia pieczęć
i uciekało życie człowiecze.

 

Choć wiatr krzyk ofiar w przestworze poniósł,
nie przybył zbawca na białym koniu;
ogień szedł z czołgów, żar lał się z nieba,
ale żywiołów nikt z nas się nie bał!

 

Czas znieruchomiał i z trwogi zamilkł;
w Pałacu Blanka padł Krzysztof Kamil;
Wraz z powstańcami na Krzywym Kole,
pod bomb nawałą tato mój poległ.

 

Ginęło miasto, naród umierał;
zacierał ręce śmierci generał,
a wśród barykad gnał coraz szybszy
duch czterech jeźdźców Apokalipsy.

 

Od salw z kościoła Najświętszej Panny
wyrósł na Lesznie wielki stos rannych;
nasz dom przy Orlej w płomieniach stanął,
a noc zbierała śmiertelne wiano.

 

Mordercy wbiegli tak jak szaleni,
żeby podpalać resztki kamienic,
a z nimi zbrodniarz, śmierci towarzysz,
o osmolonej jak diabeł twarzy.

 

U stóp mieszkańców płonęła ziemia,
sierpniowe lato łkało w płomieniach,
kiedy na Chłodną szary tłum ruszał
pod mur kościoła Boromeusza.

 

Stąd na dworcowy gnano nas peron,
żeby tam tyfus leczyć cholerą
i zbitą masę wieźć do Pruszkowa
jak niepotrzebny nikomu towar.

 

Przez dni i noce toczył się wagon,
a lęk się w tłoku mieszał z odwagą;
zadawaliśmy sobie pytania:
Jaki jest teraz oprawców zamiar?!

 

- Czy nas w tym pudle wiozą bydlęcym
tam, gdzie piecami świeci Oświęcim;
czy zechcą wrzucać żywcem do grobu,
czy tylko w Reichu czeka nas obóz?!

 

X     X     X     X     X

 

Choć umknęliśmy bombom i działom,
jakże niewielu z nas pozostało!
Snują się ze mną ci, co przeżyli ?
wolni jak ptaki w czasach idylli?

 

====================

 

Lech Konopiński

 motto: „Spisane będą czyny i rozmowy” (Czesław Miłosz)

 Z okazji 550. rocznicy WIELKIEGO TESTAMENTU François Villona

 M A Ł Y   T E S T A M E N T

 W osiemdziesiątym życia roku,

ciężko przez losy doświadczony,

chciałem mieć wreszcie święty spokój,

ale na inny wpadłem pomysł.

Pięćset pięćdziesiąt lat minęło

od chwil, co niezbyt były święte,

gdy Franek Wilon tworzył dzieło,

nazwane „WIELKIM TESTAMENTEM”.

Urodził się mój Mistrz, Franciszek,

przede mną – przed lat pół tysiącem,

więc – tak jak On – choć ledwo dyszę,

pragnę z motyką pójść na Słońce

Mimo, że zbliża się mój koniec

i wnet pogrzebią mnie na amen,

biorę długopis w drżące dłonie

i mały piszę Wam testament.

Powszechną światu dał Wystawę

Prezydent Grodu, słynny Cyryl,

kiedy zjawiłem się niebawem,

dzierżąc w swych rękach miecz satyry.

Tworzenie satyr to chleb ciężki!

- niejeden o tym się przekonał -

lecz dał mi przykład Boy-Żeleński,

który sam przekład wziął z Wilona.

Los mi doświadczeń nie oszczędził;

porażał strach przed rozstrzelaniem,

poznałem gorycz i smak nędzy,

tułaczkę, obóz, śmierci taniec.

Ceniłem ludzką solidarność,

gdy w życiu marnie mi się wiodło,

lecz popadałem w rozpacz czarną,

gdy mnie dopadła ludzka podłość.

Przeżyłem wojnę, dwa powstania,

straciłem ojca jako dziecko,

ale wróciłem do Poznania,

który w niewolę wpadł sowiecką.

Choć został za mną wojny pożar,

długo nie było Niepodległej,

więc razem z Wiarą od Ceglorza

Po chleb i wolność w Czerwcu szedłem.

Kiedy zwyciężył lud, nazajutrz

ster władzy brali ludzie znaczni,

lecz chciał też władać w naszym kraju

niejeden drań i nieudacznik.

Dopóki trwała dóbr wyprzedaż,

kraj był szczęśliwy i bogaty,

lecz gdy z kryzysem przyszła bieda,

to trudno dziś nie pisać satyr.

Ludowi całkiem już wmówiono,

że może z wszystkich praw korzystać,

bo kraj nasz wyspą jest zieloną

z długiem miliardów ponad trzysta.

Sukces ten odniósł władzy geniusz,

który nam cuda stworzyć chęć miał,

ale niestety o rządzeniu

brak zielonego mu pojęcia.

Choć miał być w kraju kapitalizm,

jest tylko chaos i bałagan,

bo biurokraci pozostali

i wciąż rozrasta się ta plaga.

W Sejmie rej wodzi entomolog,

co nie dał rady rojom meszek;

władcy szmal biorą i swawolą,

wodząc za nosy ludzką rzeszę.

Jaka w tym wszystkim rola moja?!

Satyryk śmiał się albo płakał,

bo chociaż często sam nie dojadł,

to mu dojadły rządy zakał.

Poznań wziął serce moje całe,

gdy szedłem rządom złym na przekór;

kraj rozśpiewałem i wydałem

ksiąg pięć milionów przez pół wieku.

Za to, żem swoje długie życie

poświęcił memu Poznaniowi,

miejscowej władzy przedstawiciel

uczcić mnie godnie postanowił.

Bał się, że środki finansowe

na druk mych książek wnet zniweczę,

czek – zbyt obciąży moją głowę…

w końcu gipsową dał mi pieczęć!

Pieniądze, zdarte z podatnika,

administracji lepiej służą…

wsparcia artystów się unika,

żeby nagrody mógł wziąć urząd.

Kiedy roztrwania się miliony,

na twórców szkoda paru groszy,

bo ich oślepia blask mamony

i w sztuce pragną się panoszyć.

W mych czasach biur mistrz jest burmistrzem,

którego sławią biurokraci,

a on intencje ma najczystsze,

kiedy im hojnie za to płaci.

On twórczość zlecił gryzipiórom,

więc na piedestał wszedł urzędnik;

a tam, gdzie bzdur mistrz gra kulturą,

prawdziwi twórcy są już zbędni.

Poznań – stolicą kulturalną

zamierzał zostać w Europie,

lecz – gdy urzędas głupstwa palnął,

nasz Gród najniższy dostał stopień.

Gdy kwadratowa tępa głowa

artystów naszych ma w pogardzie,

Sting w świecie Poznań propagował,

by nas ośmieszyć jeszcze bardziej.

Za dość przeciętne Stinga tony

zapłacił urząd i widzowie;

kto zgarnął wszystkie te miliony,

nikt chyba nigdy się nie dowie.

Wielcy mistrzowie polskich estrad

niewiele znaczą dla biur mistrza,

bo on najbardziej wtedy jest rad,

gdy twórcom gaży nie uiszcza.

Biur mistrz z bzdur mistrzem Gród jak krety

ryją za środki i dotacje;

ogłupić chce nas jakiś kretyn,

byś się w Poznaniu czuł jak pacjent.

Chyba niedobrze ma ktoś z głową,

by wciąż naprawiać, co spieprzono;

z Poznania robić Wariatkowo

i wciąż drogowców plamić honor!

Bzdur-mistrze pragną, żeby Poznań

mógł mieć najdroższy stadion świata,

bo wtedy człek ma więcej doznań,

niż w polskim piekle główny szatan.

Powstał gmach piękny jak skarbonka,

do której złote ziarno wsiano,

żeby co kwartał – jak na łąkach -

ktoś szczerozłote grabił siano.

Rozmyśla cwaniak z urzędasem

jakby zarobić pieniądz duży

i jak tu zrobić skok na kasę

tak, żeby nikt się nie oburzył;

Jak wybudować dom wspaniały,

przy nim cudowny mieć samochód -

marzą fujary i cymbały,

co nie wymyślą nigdy prochu!

Marzą o wszystkich skarbach Ziemi

mali cwaniacy i zbrodniarze,

żeby obłowić się po zenit

i wdrapać się na szczyty marzeń!

Marzą głuptasy i eksperci,

żeby w bogactwie się zagrzebać,

tkwić w nim za życia i po śmierci

i – śpiąc na złocie – pójść do nieba!

BALLADA O ZŁODZIEJACH NASZYCH CZASÓW

Poznałem dzieje najbogatszych;

każdy z nich z wielkim łupem uszedł!

Wszyscy, do syta się nakradłszy -

do piekła wezmą tylko dusze!

Mordercy z krwawych hord Hitlera

i ci – związani z nim sojuszem,

którzy kazali nam umierać -

do piekła wezmą tylko dusze!

Czerwoni władcy – Lenin , Stalin -

zmoczeni do cna w ludzkiej jusze,

chociażby w złotych trumnach spali,

do piekła wezmą tylko dusze!

Wszyscy ci, którzy tak jak sroki,

kradli w wojennej zawierusze,

choć łup zgarnęli pod obłoki,

do piekła wezmą tylko dusze!

Skąpani w ropie jak Kaddafi,

których z krwi bliźnich nie osuszę -

któż od nich lepiej kraść potrafi?!

Do piekła wezmą tylko dusze!

Skorumpowani malwersanci,

kraść nauczeni od pieluszek;

ci, którzy wielbią kant lub kancik,

do piekła wezmą tylko dusze!

Ci, rozpasani ponad miarę,

z wielką skłonnością do dziewuszek,

którzy stworzyli sobie harem -

do piekła wezmą tylko dusze!

Którzy zrzucają trudów brzemię,

by wtulić ciało w futer puszek,

choć stroją głowy w sławy wieniec,

do piekła wezmą tylko dusze!

Ci, którzy dają nam muszelki,

a zabierają perły z muszel,

choćby majątek mieli wielki,

do piekła wezmą tylko dusze!

Ci, którzy twórców żywcem grzebią,

by kulturalną stworzyć głuszę,

nie dotrą nigdy do bram niebios;

do piekła wezmą tylko dusze!

PRZESŁANIE:

Z bliźnimi wspólne dobro podziel,

bo choć twych skarbów nie naruszę,

nawet największy świata złodziej

do piekła weźmie tylko duszę!

                                                                                                        Poznań, 2011r.

DZIESIĘĆ ŚLICZNYCH MURZYNEK

Dziesiątka ślicznych murzynek

z karnacją czarną jak heban

miała pragnienie jedyne,

żeby przychylić nam nieba.

Tych dziesięć czarnych murzynek

chciało oddawać się szałom;

jedną wziął mąż pod pierzynę;

dziewięć murzynek zostało.

Dziewiątka ślicznych murzynek

cnotę krzewiła wspaniałą;

jednej urodził się synek;

osiem murzynek zostało.

Ósemka ślicznych murzynek

tym tropem ruszyła śmiało;

jednej seks przejadł się krzynę;

siedem murzynek zostało.

Siódemka ślicznych murzynek

ogromną poczuła żałość;

płacz zalał jedną dziewczynę,

więc sześć murzynek zostało.

Poszło sześć ślicznych murzynek

w czarnej rozpaczy na gałąź;

jedna radosną ma minę;

już pięć murzynek zostało.

Pięć ślicznych jak noc murzynek

nocne wciągnęły wnet szały;

jedna spać chciała jedynie;

cztery murzynki zostały.

Cztery murzynki jak smoła

chciały się rzucić ze skały;

jedną kochanek przywołał;

więc trzy murzynki zostały.

Trzy zwiewne jak dym murzynki

skakały lepiej niż Małysz;

jedną skusiły trzy drinki,

więc dwie murzynki zostały.

Dwie czarne jak koks murzynki

chcą dla kacyka wznieść pałac;

druga zadbała o tynki;

jedna murzynka została.

Jedna w pałacu z kacykiem

poszła dosłownie na całość;

orgie wciągnęły ją dzikie;

dziesięć murzynek   p o w s t a ł o.

Tych dziesięć ślicznych murzynek

chciało mieć dzieci gromadkę;

na białych zrzućmy więc winę,

że to potomstwo jest w kratkę.

Te biało-czarne murzynki

wybałuszały swe gały,

gdy im wierszopis te rymki

poskładał czarno na białym.

x   x   x   x   x

Dziesięć tysięcy murzynek

śle za autorem list gończy!

Wkrótce przepadnę i zginę,

więc ta historia się skończy.

Choć się z tematem uporał,

wnet pod kociołkiem murzynek

ujrzycie zamiast autora

czarną jak węgiel kruszynę.

GENERALNIE I DOKŁADNIE

Kwitnie w kraju nowomowa

i normalnie nikt nie zgadnie,

kto wprowadził w sumie słowa:

„generalnie” i „dokładnie”.

Kiedy pustkę czujesz w głowie

i słów znaleźć w niej nie umiesz,

to bezbłędnie właśnie powiesz,

że normalnie będzie w sumie.

Błąd – to w sumie jest rzecz ludzka!

Człowiek czasem głupstwo palnie,

więc o język swój i płucka

dbaj dokładnie generalnie.

Gdy normalnie słów już nie ma,

wtedy cudze słowa kradniesz!

Generalnie zmieniasz temat;

w sumie – bawisz się dokładnie!

W sumie – lepiej, gdy w języku

optymalnie mamy wad mniej,

więc ten problem myśl mą przykuł

generalnie i dokładnie.

Niezbyt czysta to polszczyzna,

więc jej w sumie sprawmy pralnię,

żeby się dokładnie przyznać,

że bredzimy generalnie!

Czas normalnie rzec po cichu,

że rzucamy gdzie popadnie

w sumie kilka słów wytrychów

generalnie i dokładnie!

Gdy na głowę ktoś upadnie,

w sumie zyska idealnie

i zadziwi świat dokładnie

generalnie i normalnie!

x   x   x   x   x

Kiedy siać będziemy burzę,

wiatr nam w sumie w oczy zadmie

i normalnie sam się wkurzę

generalnie i dokładnie!

Jeśli pięścią nikt nie walnie,

aż stół pęknie nam normalnie,

język w sumie będzie na dnie

generalnie i dokładnie!

NURT POLSZCZYZNY

W aspekcie teorii

totalnej euforii

z tytułu percepcji

ambitnych koncepcji

kreacji kultury

dla progenitury

z ideą negacji

zastanych formacji

i wizją agresji

formalnej obsesji

pod presją tendencji

redukcji konwencji

w intencji atencji

dla faktów inwencji

w orbicie substratu

werbalnych schematów,

banalny jest protest

w kontekście hipotez:

dominacji inklinacji

do globalnej komplikacji,

fascynacji populacji

admiracją generacji

dla owacji i frustracji,

akceptacją aspiracji

do kolacji w restauracji,

penetracji lingua franca,

volapüku, esperanta,

makaronu i włoszczyzny

zanurzonych w nurt polszczyzny.